+ wierszy moich troszkę

Mankamentem wyobraźni jest, że przypomina nam ustawicznie o tym, czego nam brakuje. Wyzwolić się od niej nie sposób albowiem ona czyni życie bogatszym i pełniejszym. Czyżby zatem życie pełne polegało na świadomości braków? Poniekąd tak, ponieważ ta świadomość dopinguje do działania w celu uzupełnienia braków. To działanie przynosi korzyści, a właśnie korzyści z własnego działania ubarwiają nasze życie.

Czy można jednocześnie być i nie być?
Przecież mam dwie przeciwległe głowy, z których jedna, na powierzchni, jaśnieje w słońcu i naraża się na porażenia słoneczne, a druga nurza się w mule, na dnie. Ale to ona widzi. To z dołu wyłania się prawdziwy obraz nie zakłócony ciepłymi i porażającymi promieniami słońca.
Czy można jednocześnie kochać i nie kochać?
Człowiek kocha zawsze, bo nigdy nie jest jednostką. Jest co najmniej parą. Ale czyż jest miłością uwielbienie, gdy obiekt jest odległy jak miliony galaktyk, na których być może tli się życie, ale nikt tego nie wie... I wiedzieć nie będzie. Czyż miłością jest oczekiwanie na to, co nieuchronne, gdy wciąż i wciąż nie można tego otrzymać?
Czy można być sobie przyjacielem i wrogiem?
Przecież karmimy się nadziejami mając na każdym kroku świadomość jak bardzo są one płonne. "Nadzieja matką głupich" powiedział ktoś kiedyś. Ale nadzieja to raczej pokarm głupców. Pod warunkiem, że wiemy, iż każdy z nas jest głupi. To prawda uniwersalna: każdy z nas jest głupi. Czy jedyna? Nie wiem.
Czy można czegoś chcieć i nie chcieć jednocześnie?
Chcemy miłości, choć tak bardzo rani. Chcemy wolności, choć się jej boimy. Chcemy żyć, choć systematycznie się unicestwiamy.
Niechaj więc deszcz spadnie na nas i zmyje maskę jedności. Bo jesteśmy sprzeczni. Bo logika jest najbardziej sztucznym i nie przystającym do nas tworem, jaki kiedykolwiek byliśmy w stanie wymyślić. Niechaj nasze dusze wzlecą jak poleci kij co ma dwa końce. Z tą tylko różnicą, że kij spadnie. A dusze niechaj szybują, bo właśnie po to zostały stworzone.

Łódź, 9 sierpnia 1997.

Jak uciec od myśli dobrych, które kłębią się w mojej głowie niczym sieć pajęcza rozwijająca swe magiczne macki i próbująca opleść moją świadomość? Czy można wyzbyć się lęku? Lęku o przetrwanie we własnej skórze? A przecież można by wzlecieć ponad to wszystko. Zatopić umysł w zielonej otchłani trawy. Dać się uwieść pościeli drzew. Złapać ostre promienie słońca przecinające szarą rzeczywistość ostrzem optymizmu. I nadziei.

Nie chcę już tego, co mnie otacza. Chcę wznieść się ponad tę duszną skorupę. Chcę nareszcie wiedzieć, że człowiek żyje otoczony nie tylko powietrzem, które jest mu niezbędne do oddychania, ale ma również wokół siebie rzeczywistość. Plastyczny twór, który da się ukształtować w najbardziej odmienne skrajności: może być cudowną krainą, gdzie żadna chwila nie jest uważana za straconą. A może być najczarniejszym koszmarem, który zabija nas powoli, powoli, powoli. A przecież żyjemy tak krótko. Tak szybko zaczynają upływać kolejne dni, miesiące, lata. Zanim zdążymy się zorientować czym naprawdę jest młodość, jej już nie ma. Zanim zdążymy zorientować się czym naprawdę jest życie, jego już nie ma. Jest pustka. Nicość. Nie pozwolę, aby ta pustka wdzierała się w moje życie. Nie ma prawa być niecierpliwa. Niech poczeka. I tak życie jest niczym wobec wieczności.